Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie.

Zofia Zaleska „Przejęzyczenie, rozmowy o przekładzie”

Nie znoszę „łańcuszków” i nominowania kolejnych osób do robienia dziwnych rzeczy. Nie chodzi już nawet o oblewanie się lodowatą wodą, które – pod przykrywką uświadamiania ludziom istnienia różnych ciężkich chorób – tak naprawdę pokazuje, że zapalenia płuc można nabawić się z głupoty.

Pewnego dnia zostałam wyzwana na FB do wzięcia udziału w zabawie polegającej na wymienieniu dziesięciu książek, które zrobiły na mnie wrażenie lub wywarły wpływ na moje życie. Nie planowałam w niej uczestniczyć, ale – chcąc nie chcąc – zaczęłam zastanawiać się nad tematem. Zastanawiania ogólnie nie polecam; jest to czynność męcząca i może skończyć się nieszczęśliwie – tak jak w moim przypadku – smutną refleksją.

Otóż gdybym taką listę chciała stworzyć w uczciwy sposób, musiała zawierać „Czarną owieczkę”. Była to pierwsza książka przeczytana zupełnie samodzielnie (choć może nie jest to do końca prawda – prawdopodobnie wcześniej przeczytałam wiele książek, w których na jednej stronie znajdował się rysunek słońca, a na drugiej wielka litera „S”). Była to pierwsza „prawdziwa” książka. Naturalnie było mi niezwykle przykro z powodu dziewczynek sierotek i martwej owcy, i uświadomiłam sobie wtedy, że kilka kartek może obudzić w człowieku emocje.

Wrażenie wywarł też na mnie „Pielgrzym” Paulo Coelho – i mówię to bez wstydu – przeczytany w wieku dwunastu lat podczas wakacji. Na wakacje jechałam z powiastką dla nastolatków o uciekającym z domu rodzeństwie, które w podróż zabrało pół chleba i dziesięć jajek na twardo. Nie mogłam skupić się na przeżywanych przez bohaterów przygodach, bo przez cały czas gnębiły mnie pytania: „Jak – biorąc pod uwagę wakacyjne upały – można przez kilka dni nosić w plecaku ugotowane na twardo jajka?”, „Czy te jajka nie śmierdzą?”, „Jak mogą je jeść bez obrzydzenia?”. Kiedy przebrnęłam przez ostatnią w moim życiu powieść dla nastolatków, w bibliotece znajomych znalazłam „Pielgrzyma”. To był przełom. Tytułowy bohater podróżował niczym bohaterowie poprzedniej lektury, jednak nie nosił ze sobą psującego się jedzenia. Działało to na jego korzyść. Przy okazji doznawałam wielokrotnego oświecenia i wypisałam sobie tysiące cytatów. Myślałam, że wiem już wszystko. Bardzo łatwo jest wiedzieć wszystko mając lat dwanaście.

Podczas tych samych wakacji znalazłam na półce książkę „Jestem dzieckiem artystycznym”. Pomyślałam, że to książka o mnie, bo byłam dzieckiem dość utalentowanym (nie wybitnie, ale jednak czułam w sobie duszę artysty). Około pięćdziesiątej strony zorientowałam się, że książka rzeczywiście jest o mnie, tyle że źle przeczytałam tytuł. Tytuł brzmiał: „Jestem dzieckiem autystycznym”. Z każdą kolejną stroną byłam coraz bardziej przekonana, że stanowię klasyczny przykład dziecka autystycznego: nie byłam wielką fanką ludzi, lubiłam zawinąć się w koc. Nie bawiłam się, co prawda, fekaliami, jednak miałam świadomość, że nie wszystko musi się zgadzać.

Pamiętam też „Sagę o ludziach lodu”, z której przeczytałam jedynie pierwszą część, pożyczoną mi przez koleżankę, a ukradzioną jej babci – był to wielki gest odwagi i przyjaźni ze strony koleżanki, ponieważ jej babcia nie była typem człowieka, któremu można kraść bezkarnie. Chęć pożyczenia książki deklarowało wiele osób. Dostałam książkę w pierwszej kolejności, poza kolejką, i musiałam czytać szybko. Była to pierwsza książka, w której ludzie uprawiali seks. Była to przeczytana książka, w której ludzie domowymi sposobami próbowali przeprowadzić aborcję. Było to pierwsze klasyczne porno dla kobiet.

Ta autobiograficzna spowiedź uświadamia mi, że książki przestały robić wrażenie i wpływać na moje życie, odkąd skończyłam piętnaście lat. Po tym czasie starałam się – dość bezskutecznie zresztą – reanimować moją zdolność do zachwycania się literaturą. Książki owszem, posiadały walory edukacyjne, były napisane dobrze lub źle, zawierały wiedzę przydatną lub banalną, ale nie wstrząsały.

„Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” to lektura, która brutalnie uświadomiła mi moją ignorancję. Przeczytałam w życiu o wiele więcej książek niż te wymienione. Niby miałam świadomość, że większość z nich to tłumaczenia, jednak myśl o tym, jak istotny jest fakt, kto tłumaczy i w jaki sposób to robi, nigdy nie przyszła mi do głowy.

Książka to rozmowy z dwunastoma tłumaczami. Przez niektórych przebija szowinizm, część z nich wydaje mi się zbyt zarozumiała, ale łączy ich jedno – wszyscy wydają się być zakochani w tym, co robią.

To nie jest tylko książka o tłumaczeniach. Dla mnie mówi o miłości do literatury, do języka. O chęci zrozumienia świata. To pochwała sumienności i pracowitości. Dowiedziałam się z niej dużo więcej, niż mogłabym się spodziewać, zarówno o historii literatury na świecie, o językoznawstwie, jak i o niemożności poznania kultury bez zrozumienia języka. Jeśli cokolwiek mogło zmotywować mnie do czytania książek w oryginale (przynajmniej tych anglojęzycznych), to – paradoksalnie – książka o języku polskim.

Komentarze

  • Martyna

    Świetny tekst! A że od jakiegoś czasu (właściwie to już od kilkunastu lat, kiedy to przeczytałam „Władcę Pierścieni” w przekładzie, w którym Obieżyświat był Łazikiem) też biję się z myślą czytania książek w oryginalnej wersji językowej, by może bardziej wczuć się w styl autora, to mam pytanie- jakie niezbyt trudne książki polecasz po angielsku?

    • admin

      Niestety czytanie po angielsku bardzo mnie męczy i jeśli chcę się czegoś nauczyć z lektury, czytam po polsku. Po angielsku czytam bardzo proste rzeczy np. „The girl on the train” jest świetna bo napisana szalenie prostym językiem bez rozbudowanych metafor w których można się zgubić. Po polsku pewnie nie chciałoby mi się czytać bo by mnie znudziła. „Gone girl” chyba minimalnie trudniejsze ale fabuła na tyle interesująca, że motywuje do czytania.

    • Niestety czytanie po angielsku bardzo mnie męczy i jeśli chcę się czegoś nauczyć z lektury, czytam po polsku. Po angielsku czytam bardzo proste rzeczy np. „The girl on the train” jest świetna bo napisana szalenie prostym językiem bez rozbudowanych metafor w których można się zgubić. Po polsku pewnie nie chciałoby mi się czytać bo by mnie znudziła. „Gone girl” chyba minimalnie trudniejsze ale fabuła na tyle interesująca, że motywuje do czytania.