Odkąd pamiętam, jem japka.

 

– Serio jesz japko? – zapytała Elka Korektelka, kiedy siedziałyśmy na myśliwskiej ambonie, wypatrując łosi na rykowisku. – Serio mylisz „b” z „p”?

– No, jem japko – przyznałam już bez większego wstydu, bo zdarza mi się to od ćwierć wieku.

Dwadzieścia pięć lat temu nabyłam umiejętność czytania, ale kolejne dziesięć lat zajęło mi ustalenie, że już na zawsze zostanę półanalfabetką, bo pisać nie nauczę się nigdy. Na początku wydawało się, że może da się coś z tym zrobić, więc lekcje polskiego – zamiast przygodą – okazywały się dla mnie drogą przez Mordor, usłaną wyjątkami, wyrazami odmiennymi i nieodmiennymi przepisywanymi po trzydzieści razy w szesnastokartkowych zeszytach w trzy linie.

Najpierw zapisz wyraz kolorowym długopisem, potem zakreśl miejsce, które sprawia trudność. W wypadku słowa „żółw” zakreślisz cały wyraz, tyle tam możliwości:

– żułw;

– żółw;

– rzółw

Potem napisz zdanie z wyrazem, nad którym pracujesz.

I tak mała Asia skrobała dzielnie, co rusz (ruż?) rozlewając atrament:

„Przez wielkie pustkowie szedł mały żółf”.

Potem jeszcze dwadzieścia razy: żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw, żółw”. I kolejne dziesięć: żółw, rzółw… I tak dalej.

Popularna była też metoda wizualna.

„Góra” pisze się przez „ó”, które kształtem przypomina górę z chmurką, wiszącą leniwie nad szczytem, lub delikatną łezką deszczu.

Chwilę potem pisałam więc: „Janek szedł drogą, aż wpadł w wielki duł”.

Bo wiecie, jeśli „ó” w górze przypomina górę, to czym jest „u”, jeśli nie ilustracją dołu? Być może, nie jestem pewna, nigdy nie mam pewności.

Mówili, że jeśli będę więcej czytać, z pewnością zapamiętam. Pochłonęłam kolekcję książek Astrid Lindgren, „Małą księżniczkę”, „Opowieści z Narnii” i się nauczyłam: tworzyć światy, używać wyobraźni, inspirować się dokonaniami innych i wyciągać wnioski z ich błędów. Ale nie ortografii.

Nie zdajesz sobie sprawy, jak często używasz ręki, dopóki jej nie złamiesz i dopóki się nie okaże, że praktycznie niczego bez niej nie możesz zrobić (łącznie z podtarciem tyłka).

Nie zdajesz sobie sprawy, jak często piszesz, dopóki to robisz.

Stresuję się, gdy odpowiadam na komentarz. Gdy ktoś zadaje pytanie i prosi o pomoc, a ja znam odpowiedź, muszę walczyć z sobą, żeby nie odpisać. Bo nawet jeśli przebrnę przez „najlepsze będą chryzantemy” (hryzantemy?), w następnym zdaniu napiszę: „konfalie”.

Patrzysz i nie wiesz, co to oznacza? Konwalie. Takie kwiaty. W mojej głowie nie tylko „ch” zamienia się w „h” (bo tego jeszcze da się nauczyć), ale „p” brzmi jak „b”, a „cz” zupełnie jak „c”.

Bez komentowania można żyć. Nie da się jednak napisać sprawdzianu z historii, nie pisząc. Zawsze są do napisania wypracowania, eseje, analizy zdarzeń historycznych. I dostajesz kartkę pomazaną na czerwono. Nie z powodu historycznych nieścisłości.

Najgorzej jest wtedy, gdy jeden z uczestników burzy mózgów (kto wymyślił wyraz pisany przez dwa „ó”…?!) oświadcza, że najlepiej będzie, jeśli swoje myśli spiszemy na kartkach. Chcę zasugerować, że należy przestać inwestować w rozrost w social mediach i skupić się na kontent (czy może kątent?) marketingu. „Marketingu treści”! Uff, wybrnęłam, zapisałam! Pozostałych pomysłów już nie zdążyłam zapisać.

Innym razem stoję przed grupą ludzi i opowiadam im o wizerunku IA w literaturze oraz filmach, ogólnie w popkulturze. Dobrze mi idzie, bo jestem przygotowana. W pewnym momencie ktoś z sali prosi, abym zapisała coś na flipcharcie. Gubię wątek, nie umiem zapisać, zapominam, o czym mówiłam… Już wiem! Hal 9000 postanawia pozbyć się członków załogi!

Na uczelni też nie było litości. Baba od rachunkowości nie znosiła mnie z całego serca i stale się czepiała.

– Pani Joanna wypisze nam na tablicy koszty zarządu – ogłosiła kiedyś. Wypisałam, bo wiedziałam, co jest kosztem zarządu. Gorzej, że kazała mi zrobić tabelkę i ją zatytułować, a tego już nie potrafiłam. „Zażądu”? Nie bardzo. Może „zarzondu”?

Ręka zawisła w powietrzu, chociaż wiedziałam, że w końcu muszę napisać. Jeśli wybiorę źle, radości będzie co niemiara. Udało się dowalić – nie do rachunkowości, to chociaż do ortografii. 1:0 dla sfrustrowanego wykładowcy.

Przez wiele lat nie pisałam, bo wstyd. Mogłam się pomylić nawet w banalnym komiksie do gazetki szkolnej, w którym poszczególne plansze były komentowane prostymi zdaniami. Nie, nie było sensu, przecież ktoś by mnie wyśmiał.

Gdy zupełnie miałam się poddać, znalazłam informację, że blogerzy też wysyłają swoje teksty do korekty. Strasznie się bałam, że korektor to taki buc w okularach zsuniętych na czubek nosa; człowiek, który wie wszystko, wieczorami siedzi w internecie i stuka w klawisze: „Ty kretynie, to zdanie podrzędnie złożone (okolicznikowe czasu!), posiadające dwa orzeczenia, więc przecinek jest obligatoryjny!”, po czym prycha

z pogardą, opluwając monitor. Potem pucuje monitor ściereczką do czyszczenia monitora, starannie ją składa i chowa do szuflady. W szufladzie leżą – także równo ułożone – ściereczka do czyszczenia kabli, szczoteczka miękka do czyszczenia klawiatury, szczotka półmiękka do gruntownego czyszczenia klawiatury i 25 chusteczek w różnych odcieniach szarości do przecierania okularów.

Pierwszy mail wysłałam w 2015 roku. Miałam 26 lat. Od 22 bałam się pisać, więc nie ćwiczyłam warsztatu, nie praktykowałam, a zatem – nie rozwijałam się.

U Pani Swojego Czasu znalazłam informację o osobie odpowiedzialnej za przecinki na blogu. Napisałam w tonie przepraszającym, święcie przekonana, że zostanę odesłana z kwitkiem, bo nikt nie da rady poprawić tylu błędów.

W tym czasie Korektelka, siedząca 700 km na południowy wschód, była przekonana, że ktoś ją trolluje. Wpatrywała się w przesłany plik, pewna, że ktoś poprawnie napisał tekst, a potem celowo podmienił w nim litery, żeby się z niej ponabijać.

To nie był żart, tylko początek mojego bloga. Odważyłam się publikować dopiero wtedy, kiedy zyskałam pewność, że literki znajdują się tam, gdzie powinny się znaleźć, i że nie jest ich ani za dużo, ani za mało.

Elka jest matką chrzestną mojej pisaniny. Bez niej nic by się nie ukazało lub trudno byłoby to czytać.

Opowiadam Wam tę historię z kilku powodów.

Przede wszystkim mam cichą nadzieję, że tekst trafi do ludzi takich jak ja, którym zrobi się trochę raźniej, gdy się dowiedzą, że jesteśmy w jednym klubie. I że każdą przeszkodę da się pokonać. A jeśli nawet się nie da, z pewnymi rzeczami po prostu można żyć i tyle.

Ja już się nauczyłam, że jeśli to, co mam do powiedzenia, jest interesujące, publiczność nie będzie się obrażać, gdy zapytam, jak to zapisać. Albo gdy poproszę, aby ktoś zapisał za mnie. Wiem też, że moje pomysły są wartościowe – niezależnie od tego, czy na post-itach zapisałam je poprawnie czy nie. Jeśli komuś to nie odpowiada, jest to jego problem.

Może też komuś przychodzi teraz do głowy wkurzać się na dziecko za to, że myli litery. Może ktoś właśnie się zastanawia, czy sąsiad przypadkiem nie miał racji, gdy mówił, że dysleksja nie istnieje i kiedyś leczyło się ją pasem. Ćwiczenia pomagają, ale stres związany z upokarzaniem szkodzi bardziej.

W tym tygodniu gościem podcastu była właśnie Korektelka, którą po raz pierwszy miałam przyjemność spotkać na żywo. Opowiada, na czym polega korekta i redakcja, i podpowiada, jak wydać książkę. A do tego ogłasza cudny konkurs, który na pewno przypadnie Wam do gustu.

Przesłuchajcie koniecznie, nie tylko jeśli interesuje Was praca korektora lub redaktora. Link znajdziecie o tu.

W konkursie może wziąć udział każdy czytelnik bloga lub słuchacz podcastu. Do wygrania… redakcja i korekta książki! Serio, nie przewidziało Ci się, to nie są szalone literówki!

Jeśli gdzieś w szufladzie chowasz książkę (lub jej połowę, bo niebawem skończysz pisać), chcesz ją wydać samodzielnie lub za pośrednictwem wydawnictwa, ale wiesz, że potrzebuje korekty i redakcji (bo każda książka potrzebuje!), możesz wysłać plik na adres: kontakt@sztukaprzetrwania.com

Konkurs trwa do 15.05.2018 – po tym czasie daję sobie miesiąc na zapoznanie się z tym, co przyszło, i wybór książki, którą przekażę Korektelce.

Jeśli zatem napisałeś książkę (lub zrobili to Twoi znajomi), koniecznie daj znać! Będę też wdzięczna, jeśli podeślesz informację o konkursie w miejsca, w których ktoś ucieszy się z konkursu. Taka okazja nie zdarza się codziennie.

Informacja o tym, jak słuchać podcastów i dlaczego jest to takie fajne, znajduje się tu.

Komentarze