Nasza pierwsza poważna rozmowa

Chciałam, aby pierwsze zdanie brzmiało: „Do perfekcjonizmu jest mi tak daleko jak…”, ale nie znalazłam porównania, bo do perfekcjonizmu jest mi najdalej. Wystarczy, jeśli powiem, że gdybyśmy byli literami alfabetu, ja byłabym „a”, a perfekcjonizm „ź”. Ale to też nie jest dobre porównanie. Ja jestem literą alfabetu greckiego, a perfekcjonizm jest egipskim hieroglifem. Chyba już rozumiecie: jest nam nie po drodze i nawet mi go nie żal.

Wypuszczam w świat rzeczy nieidealne – takie, których nie trzeba się wstydzić – i działają. Nie lubię jednak zupełnej bylejakości, dlatego ukrywałam moje nowe projekty i nie chwaliłam się nimi. Pracowali przy nich też inni ludzie, którzy z perfekcjonizmem są za pan brat. Zwykle mają więcej talentu, więc nie chciałam ich rozczarować.

Teraz przedstawię Wam te projekty, ale najpierw chciałabym, abyśmy poważnie porozmawiali. To już ten moment. Znamy się dwa i pół roku, to wystarczająco długo.

Mój blog urodził się, kiedy na prywatnym profilu zaczęłam zamieszczać zabawne historie. Niektórym się podobały, innym pewnie nie, dlatego wyniosłam się tutaj i tutaj zaczęłam pisać – dokładanie tak samo jak u siebie.

Przyszliście, czytaliście i lajkowaliście, a mi serce rosło, że zebrało się prawie pięć tysięcy osób. Prawdziwych, oddychających, pocących się, smarkających. Żywych.

W Polsce jest 236 miast poniżej 5 tysięcy mieszkańców. Kiedy coś piszę, ludność takiego jednego miasteczka patrzy na mnie i czeka, a ja jak głupia zastanawiam się, czy wszystkim się spodoba. Wiem, że nie ma prawa spodobać się wszystkim, i wiem, że to normalne, więc staram się nie myśleć w kategorii miast.

Siedzę więc przy niewygodnym stoliku na stacji benzynowej i klepię w telefonie kolejne linijki, aby wykorzystać tych kilka wolnych minut, które mam. Ze mną przy stoliku siedzi matka koleżanki, w piżamie i rozwiązanym szlafroku, obok znajoma z pracy z chłopakiem – obydwoje w piżamach, trzymają w rękach kubki z do połowy zdartym nadrukiem średniowiecznego zamku, pamiątki z wakacji. Czasem na chwilę dosiada się kuzynka kolegi. Nie wiem, jak wygląda, podobno małolata. Siedzi, gapi się w telefon i czeka. Wszyscy czekają.

Od kiedy zaczęłam pisać, spotkała mnie masa miłych rzeczy. Znajoma powiedziała, że lubi, kiedy publikuję rano, bo ona wtedy czyta matce na głos podczas śniadania. Ostatnio długo się śmiały. Wierzę, że to ten typ człowieka, który lubi pośmiać się głośno. Zalała mnie taka fala ciepła, radości. Nie ukrywajmy: przyjemnie się robi, kiedy ktoś nas chwali. Od tamtego czasu zawsze, kiedy biorę się do pisania, jej matka siedzi przy mnie i czeka, a ja bardzo się boję, że jej nie rozśmieszę.

Znajoma mówiła jeszcze, że leżała sobie w łóżku z chłopakiem. Popijali kawę, kiedy włączyła telefon i coś mu przeczytała. Uśmiali się tak, że chłopak aż podesłał znajomemu. Teraz siedzą ze mną, zawinięci w kołderkę. „Czy ten tekst też prześle znajomemu?” – zastanawiam się, a za moimi plecami wszyscy mieszkańcy Wyśmierzyc w pięciu egzemplarzach, bo tam ludności jest niecały tysiąc.

Już jakiś czas temu doszłam do wniosku, że tak się nie da. Sama wsadziłam się na minę, zamknęłam w klatce własnej próżności, w której, szukając poparcia, zgubiłam radość.

Zresztą dziecko mi się w międzyczasie skończyło, więc i zabawne historie o małolacie się skończyły. Dzisiaj rano, kiedy myłam zęby, siedziała na rancie wanny i opowiadała różne historie. Widzicie, człowiek, który może swobodnie siedzieć na rancie wanny, nie jest już zabawnym szczylem i nawet matka jest w stanie to zauważyć.

– Ty miałaś rację, mamo – mówi – kiedy mi tłumaczyłaś, że niepotrzebnie się wkurzam, gdy śmiejesz się z jakichś moich głupstw. Kiedy będę duża, mnie też będzie to bawić. Strasznie mnie teraz bawią! Ta historia, jak uciekłam z salonu z jednym kolczykiem, najbardziej! – Śmieje się. Jeszcze w drzwiach prosi, abym podesłała jej numer do mojej kosmetyczki.

Ma na sobie skarpetki, które były moją własnością tylko wtedy, kiedy niosłam je do domu w reklamówce z H&M-u.

– To jest rozmiar 35–38, więc właściwie mój – oznajmiła wtedy. Wyjęła z wielopaka dwa ładne wzorzyste komplety, zostawiając mi trzy czarno-białe.

Czasem nosi mój podkoszulek. Sama ogarnia dzwonienie do kosmetyczki, aby zamówić sobie kosmetyki z Avonu. I sama chce tworzyć. Chce pisać, chce być youtuberką, ewentualnie zaprasza mnie do współpracy. Jak na razie zaproponowała kanał fitnessu matki z córką, więc zmuszona byłam odmówić. Jeśli wymyśli coś innego – kto wie?

Chcę Wam przez to powiedzieć, że czas iść inną drogą. Nie będę się starała być zabawna ani mądrzejsza, niż jestem. Będzie mniej o dziecku, więcej o życiu. Będzie też więcej kanałów komunikacji.

Zmieniłam wygląd bloga i mogłabym napasać: „Zmieniam się dla Was”, bo jest to dość popularny slogan, ale fakty są takie, że zmieniam się dla siebie.

Poza zmianą grafiki zaczęłam też nagrywać podcasty. Wpis o tym, jak słuchać i gdzie słuchać, pojawi się niebawem, więc Ci z Was, którzy nigdy nie słyszeli o takim wynalazku, będą mogli poznać nowe medium.

Tych z Was, którzy „wiedzą, z czym to się je”, zapraszam serdecznie na stronę mojego podcastu (link w komentarzu). Jest to „podcast śniadaniowy”, jak telewizja śniadaniowa. Tak jak Sztuka Przetrwania nie ma aspiracji, aby uczyć ludzi, jak żyć, tak i podcast pozbawiony jest ambicji. Czasem poznasz niezwykłych i kreatywnych ludzi, czasem opowiem o wydarzeniach kulturalnych, innym razem o technologii.

Jednym z gości mojego podcastu będzie Dominika, autorka wszystkiego, co ładne na moim blogu oraz na stronie audycji. Opowie Wam, jak wygląda praca grafika ilustratora, kto może nim zostać oraz dlaczego zdecydowała się na taką ścieżkę kariery.

Mój blog będzie istniał, tylko być może zmieni się, bo daję sobie prawo do eksperymentowania, gubienia się i odnajdowania dobrego dla mnie kierunku.

 

 Jeśli jesteście fanami ( a napewno jesteście ) talentu Dominiki, możecie obserwować ją na instagramie.

Zapraszam na stronę mojego podcatu Pogaducha. Może czasem zamiast czytać będziecie mieli ochotę mnie posłuchać 🙂

 

 

 

Komentarze