Prostytutki i rak.

crab

Bycie matką w moim wykonaniu to, z grubsza, pasmo porażek. Standardowy poranek: przeziębiona, z gorączką, znajduję w plecaku Sylwii nieodrobioną pracę domową. Trzeba zrobić. Czytam: Ile indyków, kurwa, jaskółek.

Pomimo że właśnie pije kawę i zakładam spodnie, coś wydaje mi się nie tak. Albo elementarz pisał Bukowski, albo… albo tam jest napisane: „indyków, kur, jaskółek”…? Na szczęście Sylwia i tak mnie nie słucha.

Maszerujemy do szkoły. Trochę koszmar, bo gramy w „raki” – rodzaj gry dla wagarowiczów. Dziesięciominutowy spacer do szkoły zamienia w never ending story – polega na nienadeptywaniu na czerwoną kostkę brukową. Jeśli nadepniesz, rak zaczyna wspinać się po nogawce twoich spodni, musisz więc zrzucić go, zanim wejdzie ci na głowę. Z kolei nadepnięcie na białą linię oznacza atak krabów.Niby się spieszymy, ale – jako matka aspirująca do miana „nie najgorszej” – obiecałam sobie akceptować dziecko wraz z jego wyimaginowanymi przyjaciółmi. Teraz więc ściągam dzielnie raki z nogawek, nerwowo patrząc na zegarek.

– Dzień dobry pani! – słyszę od pana, któremu od roku wmawiam, że jestem normalna i że współpraca ze mną symbolizuje szczęście.
– Dzień dobry! – odpowiadam i nerwowo potrząsam nogą, bo stoję na wielkim białym pasie i niedługo zjedzą mnie kraby.

Udało się. Grzecznościowa rozmowa skończyła się, a kraby spadły z nogawki. Jeszcze jeden dzień z  „rakami” i zacznę wysyłać Sylwię taksówką do szkoły.

– Ty, mamo, chyba nie lubisz „raków” – słyszę. – Możemy zagrać w coś innego. W muszelki.

Oczami wyobraźni widzę, jak maszeruję dzień w dzień do szkoły, zbierając ze Starowiejskiej różnokolorowe muszelki. Chce mi się płakać.
– Nic się nie bój – dopowiada Sylwia. – To taka zabawa dla nudnych dorosłych. Idzie się po prostu jak najszybciej.

 

Komentarze