O ciemiężeniu duszy i teście Tindera

mandat-kopia

– No i rewelacja! – oznajmiła Sylwia, kiedy zapięłyśmy rolki i wjechałyśmy na asfalt. – Mamy czas na babskie pogaduchy!

Babskie pogaduchy. Już to przerabiałam w tym tygodniu – spotkałam się z koleżanką i rozmawiałyśmy. Bardzo lubię spotykać się z ludźmi regularnie, to znaczy maksymalnie raz w tygodniu, i porozmawiać sobie o czymś. Na przykład o nowym programie ułatwiającym zarządzanie zasobami ludzkimi, który testuję. Albo o nowej książce o Einsteinie. Ludzie są niekiedy kopalnią informacji, inspiracji i cudowności.

Babskie pogaduchy to jednak moja pięta achillesowa. Długo nad tym pracowałam, aż wreszcie zrozumiałam, że ludzie nie szukają odpowiedzi na zadawane pytania. Co dziwniejsze – nie spotykają się ze mną, aby posłuchać o moim szczęśliwym życiu. Niezmiernie mnie to dziwi, bo uważam, że jestem szalenie interesującą i zabawną osobą.

Gdy już ogarnęłam, że nie wszyscy, którzy spotykają się ze mną, należą do mojego fan clubu, lecz na przykład nikt inny nie miał dla nich czasu, założyłam blog, aby pisać o moim zajebistym życiu. W rozmowach już się hamuję.

Gorzej było z ogarnięciem, że odpowiedzi nie są tym, czego moi rozmówcy oczekują. Rozmówcy chcą gadać. No więc staram się słuchać. Jest to trudne, bo jestem człowiekiem o niezwykle sprecyzowanych priorytetach i na szczycie tychże priorytetów jest wysypianie się. Aby móc się wyspać, dobrze jest pozamykać pewne sprawy, więc jeśli ktoś przychodzi do mnie z informacją, że ma problemy z mężem, bo ten mąż okazał się jednak strasznym debilem i złoczyńcą, mój umysł znajduje dwa rozwiązania. Pierwsze: „rozwiedź się”, drugie – jeśli pierwsza opcja z jakiegoś powodu jest niemożliwa – „zabij i zatrzyj ślady zbrodni”.

To można łatwo rozpisać:
If <bad husband> then <a>, <a=divorce>.
If <a> a impossible then <b> , <b= kill>.
Gdybym nie była leniem i nauczyła się programować, mogłabym napisać program do rozwiązywania podobnych problemów.

Bardzo lubię systemowe rozwiązania – w ten sposób rozwiązałam problem z brodą mojego męża, który polegał na tym, że od czasu, kiedy mój najdroższy postanowił zostać brodaczem, co najmniej cztery razy dziennie pytał, czy jego broda wygląda dobrze; czy nie jest za krótka, czy nie jest za długa, czy krzywo nie rośnie.

Te codzienne i wielokrotne oględziny brody trochę zabierały mój cenny czas, który planowałam przeznaczyć na realizację priorytetów, czyli wysypianie się. Tak powstał „test Tindera”. Aby test okazał się wiarygodny, należy zrobić sobie selfie i ustawić je jako zdjęcie główne, następnie określić parametry wieku na 20-40 lat i przewinąć w prawo sto pierwszych kobiet. Liczba matches po upływie 24 godzin określi współczynnik zajebistości brody.

Niektórzy jednak tak po prostu lubią sobie pogadać. Do tej grupy należy na przykład moje dziecko. Byłabym mniej sceptyczna w podejściu do naszego plotkowania, gdyby nie fakt, że dopiero skończyłyśmy zdejmować wstyd z duszy. Musicie wiedzieć, że pod moim matczynym, pesymistycznym okiem udało mi się wyhodować Grzesiaka. Co ja mówię! Grzesiak jest zdemotywowaną podróbą mojego potomstwa!

mandat

Na rolki pojechałyśmy samochodem. Po drodze słuchałyśmy muzyki. Z głośników leciał pop w czystej postaci. Moja córka zawodziła pod nosem końcówki każdego wersu.

– Ty wiesz – powiedziała w pewnym momencie – ja nie potrafię śpiewać tak otwarcie, pełnym głosem, bo czuję, jak wstyd uciska mi duszę i nie pozwala. I ty jako matka powinnaś mi pomóc zdjąć ten wstyd z mojej duszy.

Niespecjalnie jest mi to oczyszczanie duszy na rękę, bo sama śpiewać nie potrafię i moja dusza wcale nie czuje się tym faktem ciemiężona. Chciałam właśnie rozpocząć wykład na temat filozofów i teorii bytu oraz niebytu, tym samym podważając istnienie duszy, co szybko rozwiązałoby problem, natknęłam się jednak na wzrok pełen bezgranicznego smutku. Zaczęłam więc wydzierać się, że „I fall in love”, a potem, że „take me to church”. Sylwii raźniej było drzeć się przy akompaniamencie matki – jak widać wstyd zupełnie przestał tłamsić jej duszę, bo już nic nie stanowiło dla nas przeszkody. Nawet podwójna ciągła, którą musiałam przeciąć, aby ominąć dzika, i parkowanie w niedozwolonym miejscu, w którym zatrzymałam się po przecięciu linii.

– Idziemy! – krzyczała Sylwia, trochę wyjąc – to church. Na rolki! I fall in love with rolki! – nuciła dalej, gdy kazałam jej poczekać, dopóki nie zaparkuję w legalnym miejscu, bo mimo że obok stały inne samochody, miałam silne przeczucie, że zatrzymałam się za znakiem informującym o zakazie parkowania. Pewności jednak nie miałam, bo wjechałam tam przez podwójną ciągłą i jakby pod prąd (bo dzik!).

– Człowiek uczy się na błędach – oznajmia Grzesiak junior. – Najwyżej dostaniemy mandat i będziemy wiedziały, że to nie jest miejsce do parkowania.
– Dość droga nauka przepisów – oponuję.
– Aj, tam! Uczenie się na błędach jest cenną lekcją – odpowiada Sylwia i zdecydowanie próbuje wydostać się z samochodu. – Czasem trzeba zaryzykować i pokonać strach.
– Chyba jednak przestawię samochód tam, gdzie zawsze parkujemy – nalegam, ale moje dziecko na jednej stopie ma już rolkę i właśnie nakłada ochraniacz na kolano.
– Nie można zawsze trzymać tego samego! – mówi. – Trzeba poznawać nowe rzeczy, na przykład  parkowanie w tym miejscu! Nigdy tego nie robiłyśmy! Nowość!
Poddaję się. Na przemotywowanie nie ma szans.

Komentarze