Zabawa w radio czyli o tym jak słuchać podastów

– Mówiłam ci, że już nie umiesz się bawić – przypomniała sobie Sylwia.

Tak było, trochę mnie to zabolało. Odpowiedziałam pewnie, że wcale, że nie, że jestem mistrzynią bawienia się. Kłamałam.

Tego dnia próbowałam udowodnić sobie, że jest inaczej. W galerii handlowej wbiegłam na ruchome schody pod prąd. Były czasy, kiedy zupełnie nie obchodziło mnie godzinne opóźnienie pociągu na trasie Warszawa Centralna – Sopot Główny, bo oznaczało to jedynie dodatkową godzinę wbiegania po schodach pod prąd, tratowanie bagaży i rozpychanie się między przechodniami.

Ochroniarz patrzył na mnie podejrzliwie, ale najwyraźniej złodzieje zazwyczaj starają się nie zwracać na siebie uwagi, a z wariatami lepiej nie zaczynać, bo odwracał się tylko na pięcie i grał rolę człowieka, który bardzo się spieszy i ma coś bardzo ważnego do zrobienia w innej części galerii. To też jest jakaś zabawa. Udawanie zapracowanego.

Wyjechałam z parkingu na trzecim piętrze i jechałam długą spiralą, udając, że mam wyścigówkę, jednak już po drugim zakręcie dałam sobie spokój. Zdałam sobie sprawę, że ubezpieczalnia nie przyklaśnie z radością, kiedy oznajmię, że moje auto w leasingu przegrało w grze „Jestem jak Hołowczyc – złap mnie, jeśli potrafisz”. Nie umiem już dać życia lalkom, a misie nie mają ani historii, ani przyszłości. Pamiętam, że jeszcze niedawno patyki mogły mieć rodziny, dzieci, a Barbie zawsze miały mężów marynarzy lub mężów biznesmenów (z niedoboru – Kenów). Już nie mają.

– Też chyba już nie umiem – ciągnie Sylwia – chociaż staram się czasem bawić z maluchami na świetlicy. Jeszcze w zeszłym roku potrafiłam, teraz mnie to zupełnie nie interesuje.

Widocznie ją to zasmuca. Chcę jej pomóc, ale jedyne, co przychodzi mi do głowy, to historia, którą kiedyś przeczytałam: że pojawia się taki moment, gdy przestajemy podnosić dzieci i nosić je w ramionach. Któreś podniesienie musi być tym ostatnim, nie wiadomo które. Nagle budzimy się podczas ogłaszania wyników matur.

Pewnie tak samo jest z zabawą: w naszej głowie wróżki spełniają marzenia, dynia zamienia się w karocę, ale pewnego dnia tego świata już nie ma. Nic odkrywczego, całe „Opowieści z Narnii” są właśnie o tym. Do dziś pamiętam, jakie wrażenie zrobił na mnie moment, w którym Piotr nie dostał się do Narnii, bo dorósł. Nie wiedziałam, co się robi, kiedy po wejściu do szafy dębowe deski stawiają opór. Faun już nigdy nie zrobi nam herbaty, a my nie pokonamy złej królowej.

– Jesteś w stanie mnie jeszcze podnieść? – Chce wiedzieć Sylwia, a ja podnoszę i przytulam te trzydzieści pięć kilogramów. Ból w plecach jednoznacznie wskazuje, że to zapewne ostatni raz. Złapałam ten moment.

Trochę nad tym rozmyślałam. Nie dawała mi spokoju myśl, że jeśli przestanę się bawić, to kawałek mnie odejdzie do miejsca, z którego kawałki człowieka już nie wracają. Człowiek jest potem niby kompletny, a jednak wybrakowany. A że myślałam o tym przy garach, robiąc chili con carne, i jednocześnie mruczałam pod nosem: „Ach, co za styl, co za precyzja…! Patrzcie państwo na te równe kwadraty siekanej cebuli!”, to przestałam się martwić.

Umiem się bawić i jestem w tym całkiem dobra, tyle że bawię się po dorosłemu. Gdy gotuję, przesadnie wymachuję nożem, używam sztuczek podpatrzonych w telewizji, nadłamuję teatralnie łodyżki pietruszki. „Ach, szkoda, że nie możecie tego poczuć…!”. Kto mi zabroni poudawać, że jestem w telewizyjnym show i prezentuję przepis mojej babci? A ile to radości po ciężkim dniu na chwilę zostać gwiazdą…!

Zresztą żyjemy w czasach, w których „możesz być, kim chcesz” przestaje być zwykłym frazesem. Chciałam pisać, więc założyłam blog i sobie piszę. Teraz chcę być panią z radia, to sobie zostałam. Co prawda nie mam czasu ani warunków, aby prowadzić prawdziwą audycję (kto by mnie tam chciał!), dlatego uruchomiłam podcast i nagrywam, co chcę i jak chcę. Mam fantastycznych gości, którzy udzielają mi prawdziwych wywiadów, mam prawdziwe mikrofony i prawdziwych słuchaczy. Przeniosłam zabawę na wyższy poziom i bawię się świetnie.

Jeśli chcę opowiadać o tym, jak organizuję swoją pracę – opowiadam. Jeśli postanowię opowiadać o zawodach, kontynuuję cykl #kimzostanęgdydorosnę, w którym goście zdradzają, kim chcieli być, kim są, a kim być może będą. Dzielą się informacjami o tym, jak wyglądała ich droga. Moja zabawa okazuje się przydatnym źródłem wiedzy dla setek ludzi.

Jeśli chcę opowiedzieć o przeczytanych książkach, obejrzanych serialach czy filmach – robię to. Mogę być dziennikarzem zaangażowanym społecznie, innym razem – analizować popkulturę, jeszcze innym – dostarczać wiedzy.

Jeśli nigdy nie słuchaliście podcastów i nie wiecie, jak to się robi, już tłumaczę.

Słuchać możecie bezpośrednio przez przeglądarkę, po wejściu na stronę www.pogaducha.pl. Znacznie wygodniej jest jednak słuchać w telefonie – podczas zmywania, sprzątania czy biegania.

Telefony Apple mają domyślnie wbudowaną aplikację Podcasts – wystarczy kliknąć w lupkę, w okienku wyszukiwarki wpisać „Pogaducha” i zasubskrybować kanał, a nowe odcinki będą same się ściągały i dodawały do naszej listy.

W telefonach z Androidem najpopularniejszymi aplikacjami są Player FM i Podcast Addict. Pełną listę znajdziecie tutaj:

http://subscribeonandroid.com/pogaducha.pl/feed/podcast/.

Podcast tym różni się od radia, że każdy może go nagrywać, więc jest trochę jak blog dla ludzi, którzy nie znaleźli swojego miejsca w prasie. Znajdziecie tam rozmowy na przeróżne tematy, mnóstwo wiedzy od praktyków, którzy bezinteresownie chcą się nią dzielić, oraz masę zakręconych freaków, którzy z pasją opowiadają o swoich zainteresowaniach.

Najczęściej wymienianą zaletą podcastów jest ich mobilność. Trudno czytać, nie odrywając rąk od brudnych garów w zlewie czy wózka podczas spacerów z maluchem. Dzięki słuchawkom możesz słuchać głosu interesujących ludzi, a równocześnie uprawiać sport lub sprzątać mieszkanie.

„Wielkie mi co – pomyślisz może. – Nie podcasterzy wymyślili słuchanie. Mam audiobooki i to mi wystarcza”. Albo: „Słuchałem audiobooków i nie umiem się skupić”.

Audiobooki są świetną rozrywką, formą edukacji, ale często odsłuchanie ich zajmuje kilkanaście godzin; po dłuższej przerwie trudno wrócić do fabuły czy przypomnieć sobie, czego właściwie słuchamy.

Podcasty są krótsze – niekiedy dwudziestominutowe, niekiedy półtoragodzinne, jednak zazwyczaj trwają około godziny. Słuchając w przyspieszeniu (a wiele osób tak właśnie robi), przesłuchasz cały podcast w drodze do pracy, stojąc w korku czy czekając, aż maseczka nawilżająca wygładzi rysy twarzy zmęczone ciężkim dniem.

Koniecznie dajcie znać, czy słuchacie, czego słuchacie i czy chcecie, abym napisała, których podcastów najchętniej słucham.

Komentarze