O fotograficznej pasji i wierszach Mickiewicza

ginekolog

– Poproszę struclę z rodzynkami – mówię, a pani pyta, czy kurtkę. Jakoś mnie to bardzo nie dziwi, bo mieszkam w dzielnicy, w której w monopolowym nie ma papierosów, ale jest mleko, a papierosy są u szewca czy krawcowej… Kosmetyki z Rossmanna można dostać… No nie powiem Wam, gdzie, ale ani w Rossmannie, ani w drogerii. Fakt, że pani z piekarni rozpoczęła sprzedaż kurtek spod lady, niespecjalnie mnie dziwi, ale akurat nie potrzebuję. Nie zastanawiam się zresztą nad tym, bo właśnie jestem zajęta panikowaniem.
– Nie zgubiłaś kurtki? – powtarza sprzedawczyni. Odpowiadam, że nie, i wracam do panikowania. Chyba jednak nie handluje kurtkami z czarnego rynku. 

Właśnie wracam od lekarza, z którym dość długo rozmawialiśmy o korelacji między kontrolami skarbówki a regularnością menstruacji u kobiet prowadzących działalność gospodarczą. Lekarz twierdzi, że to kwestia dużego stresu, że one tak się rozregulowują, ale ja myślę, że to skarbówka potrafi tak wyruchać człowieka, że aż organizm myśli, że zaciążył. Nie dzielę się jednak swoim spostrzeżeniem, bo ten pan lekarz to taki raczej poważny człowiek i taki bardzo dobry człowiek, skoro interesuje go kobiece wnętrze, a nie tylko to, co powierzchowne. I w imię zasady z Mickiewiczowego wiersza, tj. „Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga”, usilnie nalegał na sfotografowanie mojego jajnika. Zgodziłam się. Ludzie mają rożne zainteresowania, a tego widać interesuje fotografia.

Potem wystawił mi rachunek za wizytę plus 120 złotych za zdjęcie, co jest już, moim zdaniem, czynem nieuczciwej konkurencji. Za 120 PLN-ów mogłam sobie zrobić jakąś sesję rodzinną w plenerze, no ale trudno. Skoro już wydałam te pieniądze, postanowiłam jakoś tę fotografię wykorzystać, wysłałam więc mężowi, bo myśl, że padnie na zawał, myląc jajnik z zarodkiem, wydała mi się zabawna. Potem jednak pomyślałam, że straszyć mojego męża dziećmi to jak obrzucać człowieka z arachnofobią pająkami. No i kiedy rozmawiałam o tej kurtce, równocześnie dzwoniłam na pogotowie, aby pojechali reanimować mojego męża, bo najpewniej umiera z powodu nagłego zatrzymania akcji serca.

– A może jakaś koleżanka ze szkoły zgubiła kurtkę? – docieka pani. Popytaj koleżanki, czy nie zgubiły.
– Wie pani, ja raczej nie idę do szkoły – mówię zgodnie z prawdą, bo w szkole byłam ostatnio 8 lat temu.
– To jutro spytasz – nalega.
– Ja raczej nie mam koleżanek – odpowiadam, mając nadzieję, że ten argument zamknie temat.
– Ale i tak popytaj.

No to pytam, a dokładnie – oświadczam: jeśli któraś z koleżanek zgubiła kurtkę, może ją odebrać w Gdyni w piekarni na dworcu. Przedstawiam najdokładniejszy opis kurtki, jaki udało mi się ustalić: „No ładna taka, do ponoszenia jeszcze”.

Komentarze