Śmierć w męczarniach czyli o szkolnych wywiadówkach.

Wieloryb, woda, zdjęcie pod wodą

 

Dawno mnie tu nie było. Zaraz Wam to wynagrodzę, bo niosę pewną ciekawostkę. Takich dziesięć faktów o…

Trochę ściemniałam, nie mam dziesięciu faktów. Mam jeden, ale za to niesamowity.

Wiecie, że są na świecie ludzie, którzy mieli w szkole stuprocentową frekwencję? Dla mnie od zawsze stanowiło to największą zagadką ludzkości. Pomijając fakt, że jakie dragi trzeba brać, żeby nie chorować, zastanawiam się, czy oni w ogóle nie mieli zainteresowań, hobby lub życia. Istnieje co najmniej tysiąc powodów, dla których pójście do szkoły okazuje się absolutnie niemożliwe.

Jeśli na przykład chcesz zorganizować maraton Friendsów, to masz do obejrzenia mniej więcej dziesięć dwudziestoczteroodcinkowych sezonów, co daje cztery dni oglądania po dwadzieścia cztery godziny na dobę i dodatkowe dni na leczenie kaca, bo nikt normalny nie robi maratonu Friendsów na trzeźwo. Gdyby ktoś chciał głupio zapytać, dlaczego maratonów nie można organizować w wakacje, odpowiedź jest prosta: wakacje są latem, a latem należy podróżować i raczyć się winem na świeżym powietrzu, zamiast gnić przed telewizorem.

Podobno są też ludzie, którzy regularnie chodzą na zebrania w szkole. Myślę, że to ci sami, którzy mieli tę stuprocentową frekwencję, czyli nie ja. Nie bywam dlatego, że mam bardzo dużo zajęć, muszę pisać ważne rzeczy i robić do nich research. „Research” brzmi dobrze i poważnie; polecam takie usprawiedliwienie. Ja dzisiaj zrobiłam istotny research i obliczenia. W sensie wlazłam na Filmweb i policzyłam sezony, a potem pomnożyłam je przez liczbę odcinków i liczbę minut w jednym odcinku. Całość podzieliłam przez sześćdziesiąt, a następnie przez dwadzieścia cztery. Wszystko po to, aby dostarczyć Wam rzetelnej wiedzy potrzebnej do zorganizowania maratonu. „Research” – to brzmi poważnie (przynajmniej tak długo, jak długo nie wchodzi się w szczegóły). Jak sami widzicie, moja nieobecność na zebraniach jest uzasadniona.

Mimo to poszłam na ostatnie zebranie. Przez pierwsze pół godziny bawiłam się całkiem dobrze, bo przed wejściem do sali wychowawczyni podzieliła się ze mną spostrzeżeniem, że rozmawiała o czymś z Sylwią i „jest to takie szczere i prawdomówne dziecko”. To właśnie tak mnie rozbawiło i dało powód do radości, bo gdy mówiła o szczerym dziecku, miała na myśli tę samą dziewczynkę, która na moje pytanie, jak jej idzie czytanie lektury, odpowiedziała, że zgłosiła wychowawczyni, że nie planuje przeczytać „Awantury o Basię”, bo jest na to zbyt emocjonalna, a ta książka jest dla niej za smutna. Wciągnęłam wtedy teatralnie powietrze i zapytałam Sylwię, czy też czuje ten zapach. Ten zapach małego, śmierdzącego leniuszka i kłamczuszka. Dodałam, że to ona tak pachnie i że matki nie oszuka, bo jeszcze wczoraj czytała mi przed snem o słoniach, które odcina się od wody, aby po tym, jak skonają w katuszach, pozyskać kości słoniowe. Sylwia zaczęła mi wtedy tłumaczyć subtelne niuanse między kłamstwem a nadużyciem oraz jak łatwo pomylić wzruszenie ze znudzeniem. Rozumiecie więc moje szczere rozbawienie podczas zebrania, które zostało przerwane dopiero obwieszczeniem o szkolnym przeciwdziałaniu zagrożeniom w internecie.

To jest z założenia bardzo dobry pomysł, bo zagrożeń w internecie jest cała masa. Natykam się na nie każdego dnia.

Zagrożeniem jest na przykład sytuacja, w której jesteś na tyle zaabsorbowana segregowaniem skarpet, że nie dosłyszysz, kiedy twoje dziecko pyta: „Mamo, a jaki masz numer CVC na karcie kredytowej…? A nie, już nie trzeba, znalazłam twój portfel”. Lub kiedy nie uda ci się dobiec do komputera, gdy dziecko dziarsko klika „Kup teraz”, zalogowane na firmowym koncie na Allegro, bo myślało, że opcja „Kup teraz” jest tożsama z dodawaniem produktów do wirtualnego koszyka i że zawsze można ją cofnąć. Warto o tym uczyć.

Warto też uczyć o tym, że po trzecim kieliszku wina pewne zakupy wydają się bardziej racjonalne niż przed trzecim kieliszkiem. I że po wytrzeźwieniu dochodzisz do wniosku, że jednak nie chcesz z całą rodziną podróżować po świecie i ten kamper nie jest ci tak bardzo potrzebny. Ale to jest już taka wiedza którą należy nabywać w liceum.

W podstawówce można uczyć, że w grach online nie każdy, kto znajduje się po drugiej stronie, jest miły. Możesz na przykład grać z moją córką, która nakłoni cię do oddania dwóch sukienek i paczki wirtualnych kosmetyków za grzebień. I to nie jest uczciwa wymiana. Można też uczyć o tym, aby pilnować swoich kont na Instagramie, bo lajkowanie pięćdziesięciu zdjęć przystojnego fryzjera bez koszulki z konta matki naraża matkę na krępujące sytuacje.

Kolejnym zagrożeniem jest uczenie się programowania z YouTube’a. Większość dobrych turtoriali i wykładów prowadzą ludzi z Indii, którzy mają charakterystyczny akcent. Po osłuchaniu się z nim człowiek po kilku godzinach zaczyna mówić identycznie. I jest to krępujące, zwłaszcza jeśli w pracy musisz czasem rozmawiać z „brytyjską” infolinią, na której wszyscy mówią tak samo; gdy zaczynasz mówić z akcentem, są przekonani, że się z nich nabijasz.

Ale wróćmy do naszego zebrania i cudownego projektu ostrzegawczego. „My, drodzy państwo – oznajmiła z dumą wychowawczyni – opowiedzieliśmy dzieciom o błękitnym wielorybie”. Gdy rodzice zaczęli wydawać dźwięki pełne aprobaty, zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób zrobili research, przed tym jak pojawili się przed gromadką ośmio- i dziewięciolatków i oznajmili: „Wiecie, kiedy zalogujecie się do sieci i będziecie chcieli zagrać w »The Sims« albo »Little Big Planet«, to będą czekali na was ludzie, którzy każą wam się pociąć, uciec z domu, a na koniec zabić”. Czy doczytali, że o grze zrobiło się głośno dopiero wtedy, gdy wspominał o niej „The Sun”, czyli ścierwo gorsze od „Faktu”, powołując się na rosyjski tabloid? Nie podano żadnych danych na temat faktycznych zdarzeń, a jedynie domniemania i przypuszczenia w związku ze śmiercią dwóch osób. Potem ktoś to podchwycił, bo temat był nośny, dodał swoje trzy grosze i historia zaczęła żyć własnym życiem. Jak czarna wołga. Jak ludzie budzący się bez nerki w wannie pełnej lodu. Jak gra w „Słoneczko”, w którą razem z innymi gimnazjalistami poniekąd grywałam podczas każdej długiej przerwy. „Czy na tych zajęciach będziecie uczyli o fake newsach – największym zagrożeniu internetu?” – chcę zapytać, ale nie przebiję się przez gromki aplauz.

 

 

ps. Tak wiem, że są w sieci też inne zagrożenia i o tym trzeba rozmawiać. Wybierajmy jednak te istniejące i realne.

Komentarze