O murzynach, kozach i kosmetykach.

Ostatnio zrobiłam dużo zdjęć kóz, dlatego wpisy będą ilustrowane kozami

 

Dzisiaj akurat spaceruję po Rossmannie, bo na dworze zimno. W sklepie tłok – wszystkie podkłady i pudry sprzedają ze zniżką -50. Jestem częścią tego tłoku. Jestem częścią tłumu. Z miną eksperta staram się dobrać podkład do mojego nowego, opalonego już nieco koloru skóry.

Matka z dorosłą córką losowo pakują do koszyka produkty, jeśli ich cena nie przekracza dziesięciu złotych. Trochę już uzbierały: wiśniową szminkę, bordową kredkę do oczu, puder o barwie gnijącego ziemniaka. Teraz stoją obok mnie i wylewają na swoje dłonie olbrzymie ilości testerów w różnych odcieniach beżu.
– Ten biorę – mówi młodsza, wskazując odcień niewiele ciemniejszy od tego, który mam na twarzy.
– Ten? Będziesz się robić na Murzyna? Tak murzyńsko się wymalujesz? – odpowiada matka, poddając w wątpliwość wybór córki. 

W tym miejscu do akcji wkracza mijająca nas trzylatka. Pcha przed sobą wózek z lalką. Nagle zatrzymuje się przy nas.
– Tu, mamo! – krzyczy, wskazując półkę z podkładami. – Tu weź! Dla naszego psa weź coś!
– Co dla psa? – odpowiada matka, nie rozumiejąc. – Kosmetyki dla psa mam kupić?
– No, dla psa naszego! Pani mówiła, że to dla Murzyna, a nasz pies to Murzyn przecież.

Komentarze