Jak zaplanować walentynki i po co nam dzieci.

– Wiesz, mamo, jedna ryba jest pod pieńkiem, druga za liśćmi, trzy trzymają się razem, ostatniej nie widzę, ale za chwile znajdę.
Wyciągam rękę spod kołdry, podnoszę kciuk, pokazuję lajka i staram się zasnąć. Do szóstej zostało jeszcze dwadzieścia minut. Tysiąc dwieście ciepłych sekund bez tych wszystkich zagrożeń czających się poza łóżkiem.
– Litości – błagam. – Daj mi jeszcze chwilę.
– A, spoko, możesz sobie spać. Ja dzisiaj nie idę do szkoły. Teraz jestem akwarystką, a nie jakąś tam uczennicą – oświadcza Sylwia bez cienia wahania.

Wychodzę z łóżka, aby przyodziać mundur konduktorski i nawigować karierą zbłąkanej duszy. Staram się przesunąć zwrotnicę tak, aby entuzjazm – zamiast w stronę akwarystyki – ruszył torami w kierunku jeśli nie Cambridge, to przynajmniej stacji zdobycia podstawowego wykształcenia.

Trwa walka. Debata oxfordzka. Argumenty tną powietrze. Sylwia nie szczędzi szczytnych haseł. Odpowiedzialność za żywe stworzenia, jakimi są neonki. Nieśmiertelne „podążanie za pasją”. Zrzucanie kajdan społecznych przymusów. Niespójność systemu edukacji z potrzebami dziewięciolatków (brak przedmiotu „Akwarystyka” w programie szkolnym).

Dyskutuję. Rzeczowo odbijam argumenty. Obalam tezy. Parafrazuję, aby wypunktować błędy logiczne, a kiedy wskazówka zegara niebezpiecznie zbliża się do ósemki, sięgam po grubszy kaliber rodzicielskich argumentów: szantaż, szantaż i przekupstwo. Zawsze w takiej kolejności. W imię minimalizowania strat. Jeśli od razu zaczniecie od przekupstwa, dziecko będzie licytować, podbijać stawkę. Zaczniesz delikatnie od „Jeśli ruszymy w tej chwili, po szkole kupimy pączki”, a po chwili usłyszysz, że twoje własne usta obiecują siedmiowarstwowy tort bezowy z lukrowym napisem „Dla najlepszego dziecka”.

W wersji szantaż – szantaż – przekupstwo roztaczasz przed dzieckiem wizję chłodu, pustki oraz totalnej beznadziei, to jest wizję spędzenia wieczoru we własnym pokoju. Potem grubszy kaliber gróźb (wiem, że macie własny arsenał, więc nie będę podpowiadać). Na koniec dajesz dziecku szansę wyboru między „twoje życie zamieni się w piekło” a „jeśli teraz wyjdziesz, dostaniesz trzy tic taki”.

To działa. U mnie zadziałało.

Właśnie miałyśmy wychodzić, gdy słyszę:
– Musisz jeszcze chwilę poczekać. Tak maks pół godzinki – to zależy głównie od tego, jakie Łukasz ma ubrania! – krzyczy.
Też krzyczę. Przestaję. Sylwia zniknęła w garderobie. Rzuciła mi tylko: „No, przecież walentynki!” w taki sposób, jakby miało to rozwiązać absolutnie wszystkie moje wątpliwości, choć ja dalej nie mogę znaleźć przyczynowoskutkowości między rozsypanymi elementami układanki: koszule – walentynki – nasze spóźnienia do szkoły.

– Chyba widzę czarną koszulę – słyszę. – Nie mogę znaleźć czarnych spodni. Czy Łukasz ma czarne spodnie? Jeśli nie, to wszytko jest bez sensu.
Sylwia siada na schodkach z miną człowieka, który przegrał życie. Ciekawość wygrywa u mnie ze złością. Staram się dowiedzieć, po co jej ubrania mojego męża.

– Bo on już nic nie załatwi! Są walentynki, a on dopiero wieczorem wraca z delegacji! I ja to widzę tak, że on, ubrany w czarną koszule i w czarne spodnie, najlepiej pasuje do czerwonych róż, które musi ci kupić. Napiszę mu SMS, żeby pamiętał. I ubrania mu przygotuję. Jak wróci, tylko się przebierze. Będziesz wtedy tak sobie stała i mówiła: „O, jak ta koszula pasuje do tych róż…! To są najlepsze walentynki w moim życiu!”. I to będzie piękne.

#walentynki #kochajciesięwszyscy #sztukaprzetrwania#projektantkawalentynek #wszystkoogarnięte #akwarystka

Komentarze