O American dream i przereklamowanym zdrowiu psychicznym.

Prescription

Bycie przedsiębiorcą jest cudowne. Robisz, co chcesz i kiedy chcesz, chyba że leżysz na podłodze łazienki, trzymając jedną ręką muszlę toalety, zapierając się nogą o przeciwległą ścianę, i próbując odkręcić śrubę, która przytrzymuje deskę klozetową. Co trzydzieści sekund kropla lodowatej wody z rozszczelnionego zaworu kapie ci na skroń.

Jest taka książka o zarządzaniu, podobno bardzo dobra: „Leaders Eat Last” .To zły tytuł; poprawny powinien brzmieć: „Liderzy kręcą korbą węża do przetykania kanalizacji”.

Po półgodzinnej walce ze śrubami, z zaciskami i z odpływami rozwiązałam połowę problemów; do rozwiązania drugiej połowy zabrakło mi narzędzi.

Zadzwoniłam do pana Tomka, przedsiębiorcy, który współpracuje ze mną w sytuacjach awaryjnych. Od początku obserwuję jego przygodę z własną działalnością. Zauważam, jak traci na wadze i jak skóra pod jego oczami barwi się na sino. Zauważam, jak w drodze po swój American dream potyka się o pijanych pracowników, traci przyjaźnie, obrywa od klientów.

Przyjechał. Ani jego, ani mnie nie dotyczy ustawowy wymiar czasu pracy.

Pan Tomek coś mówi. Nie słyszę, bo rękę trzyma w odpływie brodzika, dodatkowo drzwi kabiny prysznicowej skutecznie tłumią jego słowa. Akurat jestem w szafie, bo postanowiłam wykorzystać chwilę, kiedy śrubokręt znalazł się w mojej ręce, i dokręcić półkę.

Czytałam wiele reportaży o wychodzeniu z szafy. O tym, że jest to szalenie trudny krok, na który trudno się zdecydować i którego konsekwencje trudno przewidzieć. Bzdura.

Wychodząc z szafy, należy uważać, aby nie kopnąć w prowadnicę – ciężko ją potem naprostować i drzwi ciężej się otwierają. Poza tym to raczej banalne.

– Mówił pan coś? – pytam.

– Pytałem, jak się pani udaje nie zwariować i sypiać w nocy, skoro w firmie jest tyle opłat, wszyscy klienci czegoś chcą i niczego nie rozumieją albo chcą tanio? Ja nie pamiętam, kiedy się wyspałem.

Chwilę przed przyjściem pana Tomka świętowałam uwolnienie z zacisków mechanizmu spłuczki. Tańczyłam, trzymając ociekającą wodą spłuczkę, i śpiewałam „King Herod’s song” z musicalu „Jesus Christ Superstar”. Leci to tak:

You are the Christ

You’re the great Jesus Christ

Prove to me that you’re divine

Change my water into wine

That’s all you need do

And I’ll know it’s all true

Come on, King of the Jews.

– Lepiej trochę zwariować – mówię – niż się wykończyć, pozostając przy zdrowych zmysłach, panie Tomku.

 

Bo tak uważam.

 

Tak tańczyłam, no prawie.

Komentarze